środa, 28 października 2015

Nauka w moim wykonaniu

Na początku każdego nowego roku szkolnego mówiłam sobie, że "teraz będzie inaczej", "będę się starać", "nauka systematycznie". Jednak mój zapał mijałpo miesiącu...dwóch. Gdy przychodził kolejny semestr znów powtarzałam sobie... "tym razem już na pewno będzie tak jak chcę" NIGDY NIE BYŁO! :) 

Moja nauka zaczynała się zazwyczaj dzień przed pracą klasową,
o godzinie 22. Uważałam, że to odpowiedni czas, bo większa szansa na to, że wiedza zostanie mi głowie (tak sobie to tłumaczyłam przez lata). Uczyłam się wszystkiegona pamięć, zgodnie z zasadą 3xZ:
-Zakuć
-Zdać
-Zapomnieć.

Najszybciej zazwyczaj przychodziła mi nauka geografii. Wystarczyło, że nad notatkami posiedziałam maksymalnie godzinę. Gorzej było z takimi przedmiotami jak: fizyka, chemia, matematyka. Do tych nauk ścisłych zniechęcałam się dość szybko. Przeważnie już po 15 minutach miałam po nauce. Rezygnowałam, ponieważ "i tak tego nie zrozumiem", "jestem na to za głupia" itp. Można się domyślić, że to była trójka moich największych, szkolnych wrogów :).



Do matury wyglądało to podobnie...
WRZESIEŃ-matura! będę się przygotowywać, porobię notatki, zdania...

PAŹDZIERNIK-jeżeli się teraz nauczę, to do maja zapomnę...

LISTOPAD/GRUDZIEŃ-święta, studniówka...

STYCZEŃ/LUTY-studniówka, wyjazd na praktykę szkolną do Anglii
(tam na pewno się będę uczyć)


MARZEC-Anglia! Zabrałam ze sobą wszystkie repetytoria maturalne jakie miałam (matematyka, streszczenia lektur, książkę do angielskiego). Myślałam, że będę się tam nudzić, nie poznam nikogo, 
z kim znajdę "wspólny język" i poświęcę ten czas na naukę. Okazało się jednak inaczej :). Do książek zajrzałam RAZ!

KWIECIEŃ-nadrobienie zaległości w szkole, MATURA! "za miesiąc matura...". Ja dalej miałam czas. Raczej byłam na granicy czegoś
w stylu "mam czas...", "już się nie opłaca...". 
Ładna pogoda, nowi przyjaciele poznani na wyjeździe...

(początek) MAJA-moją największą miłością stały się książki...głównie do matematykii polskiego. Znów większość zostawiłam na dzień przed tłumacząc sobie, że tego, czego się nauczę NIE BĘDZIE! (w tym wypadku miałam rację...nie było)

CZERWIEC-oczekiwanie na wyniki. Pretensje do siebie, że mogłam zacząć wcześniej, mogłam zrobić więcej.... + egzamin zawodowy...
w końcu wyniki matur! 
ZDANA! 


Moje metody nauki nie były poprawne. Mimo wszystko nie musiałam się w sierpniu pojawiać na poprawce, czy zrobić sobie rok przerwy, by próbować jeszcze raz. Co nie zmienia faktu, że nauka w moim wykonaniu była dość nieudolna :).


Okazję na poprawę będę miała niebawem. Już 9/11 mamy kolokwium z matematyki! 

2 komentarze:

  1. to jak, wychodzisz gdzieś z nami czy chcesz zdac maturę? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie wiem, nie wiem....zastanowię się!

      Usuń